Civitas Christiana

Oddział Okręgowy we Wrocławiu

VII. „O Państwie Bożym” – czyli koniec starego świata

„Jeśli może upaść Rzym, cóż może się ocalić” – napisał św. Hieronim w jednym z listów (Epistulae, 123,16). Jego przekonanie dzieliło wielu, jeśli nie wszyscy obywatele ówczesnego Imperium. Jego upadek, zapowiadający się już od co najmniej dwóch wieków, wydawał się im końcem świata. Nikt nie pytał, czy może istnieć coś poza cywilizacją rzymską, gdyż do tej pory stanowiła ona doskonałą organizację społeczności całej prawie Europy, która dzięki temu ponad tysiącletniemu tworowi cieszyła się – zdawało się – nieprzemijalnym ładem i pokojem. W ramy tej formacji dopasował się Kościół, nauczył się on także doceniać i korzystać z dobrodziejstw cywilizacyjnych Rzymu. Słowem, w istnieniu cesarstwa upatrywano gwarancję przetrwania świata i jego kultury. Czy może to dziwić, skoro państwo to zdołało do tej pory opanować spore połacie Europy, Afryki i Azji, wprowadzić do nich własne prawodawstwo i religię, akceptując przy tym częściowo odmienność kulturową podbitych ludów? Jego potęga miała znamiona porządku niemal nadprzyrodzonego.

I oto na początku V wieku u granic Imperium pojawili się, nie po raz pierwszy zresztą, Wizygoci, żądni pomsty za pogrom Germanów w Galii. W 410 roku ich król, Alaryk, zdobył i złupił doszczętnie stolicę cesarstwa, przyśpieszając tym samym bieg wypadków zmierzających do ostatecznego jego upadku. Rozpoczęły się lata wielkiego pochodu obcych wojsk przez terytorium niedostępnego niegdyś państwa, a koniec Wiecznego, jak głosiło przekonanie, Miasta zdawał się nieunikniony. Nie było człowieka, którego nie obchodziłby zagrożony byt nie tylko jego rodziny i własności, ale także byt państwa, nieodłącznego elementu dotychczasowej rzeczywistości. O przyszłości bali się myśleć nie tylko tradycyjni wyznawcy starych bóstw, ale i chrześcijanie, otaczający kultem miejsca męki pierwszych wyznawców i szacunkiem siedzibę Następcy Św. Piotra. A jednak przekonano się, że żadne państwo nie jest wieczne, świat natomiast trwa pomimo nieustannego oczekiwania na ponowne przyjście Zbawiciela i Jego Sąd Ostateczny. Trudno określić, gdzie znajduje się ta granica pomiędzy „vetera” i „nova” historii świata. Spory pomiędzy historykami niewiele nas obchodzą. Ważne, że sami bohaterowie dziejów V wieku rozumieli i boleśnie odczuwali przekraczanie tej granicy, bez względu na to, czy dla jednych dokonało się to w roku 410, czy też dla innych dopiero pół wieku później.

W tym chaosie zdarzeń trudno było o zachowanie równowagi społecznej. Poganie oskarżali chrześcijan o obrażenie ich bóstw, teraz zagniewanych na Rzym, i rozsadzanie kultury obcymi wierzeniami rodem z żydowskiego Wschodu. Wśród wyznawców Chrystusa natomiast duch pobożności wyraźnie osłabł w obliczu niebezpieczeństwa, kiedy wydawało się, że Bóg opuścił swoich wybranych. Oczekiwanie na koniec świata u wielu wywołało marazm i bierność. W wielu dawnych gminach szerzyły się sekty, rozwijały stare i powstawały nowe herezje. I być może niewiele ocalałoby ze starego świata, gdyby nie znaleźli się ludzie rozumiejący doniosłość momentu i szansę na zbudowanie lepszej rzeczywistości. Wśród nich znalazł się biskup Hippony, późniejszy święty, Augustyn. Jego droga do katolicyzmu odzwierciedla, jak rzadko która biografia, losy ówczesnego Kościoła. Uznany za największy umysł swoich czasów, musi ukazać się nam jako twórca już nie tylko nowej kultury, ale kamień graniczny i drogowskaz nowej epoki, którego pojawienie się w odpowiednim momencie zaważyło na losach całej cywilizacji.

Urodził się on w Tagaście w 354 r., w rodzinie ubogiego patrycjusza, o silnych jednak korzeniach kulturowych Rzymu. Rodzice jego, jak większość rodzin osiadłych w rozkwitającej gospodarczo od czterech wieków Afryce Północnej, nie odznaczali się szczególną pobożnością. Później jednak okaże się, że matka Augustyna, Monika, wywarła na niego ogromny wpływ i modlitwą oraz perswazją wysłużyła mu nawrócenie i gorliwość chrześcijańską. Młody, wrażliwy, żądny współzawodnictwa syn Patrycjusza kształcił się najpierw w rodzinnym Tagaste, a następnie w Kartaginie. Jego celem było zdobycie sztuki retora, co okazało się na dalszej drodze życia niezwykle przydatne. Ta nieoceniona umiejętność wywoływania wśród ludzi różnorakich uczuć nie została niestety wsparta znajomością żadnego praktycznie języka, a zwłaszcza greki, na czym ucierpią jego studia nad problemem łaski i predestynacji. W Kartaginie jednak Augustyn poznał nie tylko smak teatru, słynnych widowisk rzymskich, od których starali się stronić chrześcijanie początku epoki, ale także nowe idee religijne i filozoficzne. Od dawna już w cesarstwie rozrastała się sekta gnostyków, zwanych manichejczykami, od swojego założyciela, Manesa, żyjącego na początku III wieku po Chr. Ich dualistyczne poglądy na świat, zawierające domieszkę prastarych wierzeń irańskich i nauki chrześcijańskiej, pociągały Augustyna tajemniczością. Być może wydawały mu się również bardziej autentyczne, skoro ich zwolennicy żyli prawie nienagannie. O latach wpływu ich nauki napisze później w swoich „Confessiones”: „W okresie owych dziewięciu lat, od dziewiętnastego do dwudziestego ósmego roku życia, zarówno byłem sam uwodzony, jak innych wodziłem na manowce./…/ Przepadałem też za głupimi widowiskami i nie znałem umiaru w szukaniu przyjemności. Jednocześnie zaś pragnąc uwolnić się od tego brudu, przynosiłem pokarm do ‘wybranych’ i ‘świętych’, aby w warsztacie wielkich brzuchów wytworzyli dla mnie aniołów i bogów, którzy mnie mieli wyzwolić.” (Święty Augustyn, Wyznania, tł. Z.Kubiak, Warszawa 1992, IV,1,s.92) Owi „wybrani” to była grupa wewnątrz sekty tzw. „oświeconych” lub „czystych”, którzy w łonie heretyckiej społeczności wypełniali nakazy absolutnej czystości cielesnej i surowej ascezy, niemożliwe do przestrzegania przez tzw. „resztę”. Przez całe lata Augustyn należał oczywiście tylko do „słuchaczy”, ponieważ żył z pewną nieznaną dzisiaj z imienia kobietą, „na którą natrafiła /jego/ nie kierująca się roztropnością namiętność.” (Wyznania, IV,2,s.93) Silny ten pociąg do kobiet spowodował największą trudność przy nawróceniu, które nastąpiło kilka lat później po dalszych poszukiwaniach prawdy, tym razem w filozofii platoników. Bóg w końcu jednak doścignął go.

Uciekając przed Moniką, która nakazawszy mu odesłać konkubinę, załamywała nad nim ręce, młody, rozczarowany życiem Augustyn udał się do Mediolanu, aby objąć tam urząd retora. Tu miał spotkać jedną z najwybitniejszych osobowości swego wieku, biskupa Ambrożego. Zrażony do absolutnie, z pozoru, pewnej „mądrości” płynącej z wewnętrznego oświecenia, głoszonej przez manichejczyków, mający za sobą analizy Cycerona, niepewny już swego Afrykańczyk, zaczął przysłuchiwać się kazaniom tego niezwykłego człowieka, posługującego się płomienną mową, równie płomiennego w swej szczerej wierze, nieugiętego w argumentacji i przekonywaniu innych o swej racji. Ów najpierw zaimponował młodemu retorowi, a w końcu urzekł go i doprowadził do chrztu świętego. Trzeba bowiem wiedzieć, że naówczas chrztu udzielano z reguły po osiągnięciu pełnoletności i na wyraźne pragnienie katechumena. Przekonany na sposób rozumowy, Augustyn zwrócił się ku Bogu, jak sam przyznaje, dopiero pod wpływem łaski wewnętrznej i tak przekonał się, że losem człowieka kieruje sam Bóg, a wiele z tych rzeczy, których dotąd nie rozumiał, należy przyjąć po prostu na wiarę. Ten punkt zwrotny w jego życiu zaważy na całym dorobku jego intelektu, skieruje go na tory dyskusji o wolności człowieka i konieczności postępowania w zgodzie z łaską Bożą.

Za cel swego życia obierze początkowo dyskusję z błędami manichejczyków. Daleki od zimnej logiki, ale przecież używający jasnej argumentacji wykorzysta wszystko, czego doświadczył w latach przynależności do tej sekty. „Ty sam, Boże prawdomówny, wykazujesz, że oni się mylą. Obalasz ich wywody i odsłaniasz ich fałsz”.(Wyznania, VIII,10,s.236) Rozstrzygając problem istnienia zła w świecie stworzonym przez najlepszego Boga, która to kwestia zaprowadziła Manesa do przekonania, że i szatan musiał brać udział w stworzeniu, Augustyn doszedł do genialnego wniosku. Powtarzamy go często, nie zastanawiając się w ogóle, jakie skutki ma on dla spójności całej teologii. Otóż wedle przekonania tego myśliciela zło jest tylko wynikiem nieobecności dobra, dobro jest więc w ostateczności jedynym odnośnikiem w relacji Bóg-człowiek.

Późniejszy biskup Hippony włożył też wiele wysiłku w zgłębienie tajemnicy istoty Trójcy Świętej, ale i tu, doszedłszy do granicy poznawalności rozumowej, skapitulował jako filozof, by wzrosnąć jeszcze bardziej w gorliwości wiary. W okresie sporu z Pelagiuszem zajmował się też, i zostawił w związku z tym najciekawsze karty swej twórczości, kwestią wolności człowieka w obliczu woli Bożej. Uznając wyższość działania łaski Bożej nad wysiłkami samego człowieka, Augustyn stworzył teorię powszechnej i indywidualnej predestynacji, czyli przeznaczenia duszy od momentu jej poczęcia. Naukę tę wykorzystać mieli później protestanci, jako usprawiedliwiającą bierność człowieka w dążeniu do zbawienia. Poglądy biskupa w tym względzie zostały częściowo zmodyfikowane przez Kościół w czasach następnych, ale jej zasadnicze zręby stanowią do dziś trzon doktryny o bezinteresownej łasce Boga nawiedzającej dusze bez żadnej ich zasługi. Rozstrzygnięcie tego problemu było niezwykle ważne w obliczu rodzącej się kolejnej herezji, pelagianizmu, szerzonej przez gorliwego dotąd syna Kościoła, który doszedł do wniosku, że, aby osiągnąć doskonałość obowiązującą każdego chrześcijanina, wystarczy tylko okazać dobrą wolę. Na tym tle należy więc rozumieć rozważania adwersarza Pelagiusza, św. Augustyna, prowadzące do wskazania wiernym, iż nie można wyeliminować Boga z wysiłków ludzkich.

Pozwolę sobie pominąć inne dokonania intelektualne i duszpasterskie tego wielkiego świętego, jak choćby skuteczną walkę ze schizmą donatystyczną, w której nie wahał się on posłużyć państwem i jego aparatem policyjnym, jako gwarantem bezpieczeństwa społecznego. Pragnę wskazać na najdonioślejsze w moim mniemaniu dzieło Augustyna, „De Civitate Dei contra paganos libri XXII” („O Państwie Bożym przeciwko poganom ksiąg XXII). Księgi te zawierają bowiem najgenialniejszy wywód historiozoficzny w ujęciu chrześcijańskim, jakiego nie stworzył żaden późniejszy umysł mimo posunięcia się wiedzy historycznej. To właśnie to dzieło czytane później podczas burz dziejowych wywołanych wojną tzw. gocką po śmierci Teodoryka, a także przez całe Średniowiecze, wpływało na równowagę umysłową wielu myślicieli ówczesnych czasów. Powstało rzeczywiście przeciwko poganom, a raczej ich zarzutom wymierzonym w chrześcijan jako tych, których religia rozsadziła państwo rzymskie od wewnątrz. Św. Augustyn próbuje dowodzić, a czyni to w sposób bardzo logiczny i bliski argumentacji Rzymian przywiązanych do swej tradycji, że nie Chrystus, ale odejście od Niego spowodowało wejście społeczeństwa rzymskiego na równię pochyłą, po której staczać się będzie póty, póki nie znajdzie nowej drogi prowadzącej do zbudowania prawdziwego „Państwa Bożego”. W początkowych księgach przytacza on przykłady rozwiązłego i tyrańskiego panowania niejednego władcy rzymskiego, pod którego rządami byt społeczny był jeszcze bardziej zagrożony niż w obecnych niepewnych czasach. Wytykał różnego rodzaju megalomanom ich ślepotę i krótką pamięć, jak to niedawno cierpieli pod panowaniem szaleńca Nerona, Kaliguli i innych. O bóstwach z panteonu rzymskiego przekonywał, że okazali swą całkowitą bezsilność mimo składanych im ofiar i modłów. Bronił moralności chrześcijańskiej wykazując, iż pod względem etycznym Rzymianie zawsze słynęli z rozwiązłości, tak władcy jak i szarzy obywatele, w czym przykładem służyli im sami bogowie.

Augustyn wskazywał na konieczność walki, jaką stoczyć musi każdy wierny Kościoła najpierw z własnymi słabościami, a potem z obywatelami „civitas terrena”, czyli ludźmi zakorzenionymi w marnościach światowych. To oczywiście wielkie, może krzywdzące uproszczenie wywodu biskupa Hippony. Zawiera on bowiem wiele cennych uwag dotyczących ludzkiej natury, stosunku państwa i Kościoła, z których każdy reprezentuje osobną płaszczyznę życia społecznego i dlatego nie mogą stanowić jednej instytucji. Według świętego Augustyna, co może jest wynikiem jego długotrwałego pozostawania pod wpływem manichejczyków, w każdym człowieku istnieje zalążek „civitas Dei” i „civitas diaboli”. W zależności od tego, który z tych elementów przeważy w duszy, zaczyna ona przynależeć bądź do jednego, bądź do drugiego tworu. W rzeczywistości zazębiają się one i granica między tymi dwoma „państwami” jest bardzo płynna, przebiegając tylko w ludzkich wnętrzach. Wspomniana natomiast walka o wpływy Boga i szatana stanowi istotę historii. Tak ukazany proces historyczny nabrał cech optymizmu. Dzieje musiały do czegoś zdążać, nie miały już tylko zamykać się koliście co jakiś czas, jak to ukazywali historiografowie starożytni. Wczytujący się w to dzieło intelektualiści wczesnochrześcijańscy i średniowieczni odnajdywali w nim źródło sensu wydarzeń, pomoc w ich interpretacji. Mieli odwagę posługiwać się nim w argumentacji przeciwko zbyt ambitnym cesarzom późniejszych wieków. Bóg został postawiony jako twórca dziejów, w związku z tym one same nabrały wielkiego znaczenia teologicznego. Nie wolno więc było lekceważyć ani jednego dnia, jeśli mógł on zrealizować Boże zamysły.

Takie ujęcie historii wpłynęło na umysłowość kolejnych wieków. I nie tylko w tym wyraża się doniosłość dzieła „O Państwie Bożym”. Nie tylko wytrąciło argumenty ono apologetykom pogaństwa i wlało nowy optymizm w serca chrześcijan, ale przede wszystkim zawarło całą esencję naszej duchowości, choć zdajemy się zapominać już o tym. W czasach poszukiwania nowych dróg, strachu przed końcem świata, popadania w marazm lub niezliczone błędy religijne książka ta kierowała wiernych ku jedynej ostoi świata, ku Kościołowi, ku Chrystusowi, dla którego jedynie warto się trudzić i gromadzić wiedzę.

W sierpniu 430 roku Augustyn trawiony gorączką żegnał się ze światem. Do końca wierny swym obowiązkom biskupa, oddawał się dziełom nagromadzonym w swej bibliotece w Hipponie, dla której znalazło się wiele miejsca w jego ubogim dworze biskupim. Otoczony przyjaznymi ludźmi, podziwiającymi jego skromność i ducha pokuty, spoglądał w przeszłość okiem człowieka świadomego swych ułomności i grzechów. Autor hagiograficznego dzieła o świętym Augustynie napisał: „Temu właśnie /duchowi pokuty/ oddawał się podczas swojej ostatniej choroby; kazał bowiem przepisać cztery spośród psalmów Dawida, traktujące o pokucie. Ze swego łoża boleści mógł codziennie spoglądać na te płachty papieru przyczepione na ścianach pokoju i odczytywał je, szlochając często i dojmująco” (Possidius, Vita Augustini, XXXI, 1-2, cyt. za: P.Brown, Augustyn z Hippony, tł. W.Radwański, Warszawa 1993, s.443-4) Czy myślał wtedy o swojej matce, która kochała go miłością tak zaborczą, że nie dozwalającą na odstępstwo od wiary katolickiej? Zawsze za nią tęsknił, bo też przyciągała go jakimś nieodpartym uczuciem macierzyńskiej opieki i czujności. „Znajdowałem ulgę w pamięci o tym, że kiedy w ostatniej chorobie czule się nią opiekowałem, nazywała mnie dobrym synem/…/. Ale, o Panie, któryś nas oboje stworzył, czyż mogło być jakiekolwiek porównanie między czcią, jaką jej świadczyłem, a jej oddaniem dla mnie?” (Wyznania, IX,12,s.272)

Była to miłość dwojga świętych ludzi przekonująca o wielkiej sile modlitwy każdej matki i możliwości osiągnięcia nieba przez człowieka mającego na koncie niejedno ciężkie przewinienie.

W rok po śmierci biskupa, ogłoszonego Doktorem Kościoła, Wandalowie zniszczyli Hipponę, opanowali całą Afrykę Północną, by wreszcie 20 lat później złupić Rzym. I to był naprawdę koniec niezniszczalnego cesarstwa, którego wschodnia część przetrwała jeszcze kilka wieków.

dr Anna Sutowicz

Kategoria: Teksty

Komentarze są zablokowane.