Civitas Christiana

Oddział Okręgowy we Wrocławiu

V. Konstantyn – początki państwa chrześcijańskiego

Wraz z panowaniem Konstantyna Wielkiego, cesarza rzymskiego, wkraczamy w IV wiek dziejów chrześcijaństwa, wiek przełomowy, rozpoczynający tysiącletnią epokę ścisłego związku państwa i Kościoła. Zagadnienie to wydaje się szczególnie ważne właśnie dzisiaj, w dobie wzmożonych ataków na konkordat i harmonijne współdziałanie naszego kraju z następcą Św. Piotra.

Wokół Konstantyna w ciągu wieków narosło wiele sprzecznych ze sobą opinii. Jest to zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę kontrowersyjność jego postępowania i charakteru. Niezaprzeczalnie jednak należy mu się szacunek i uznanie za podjęcie decyzji o oficjalnym wprowadzeniu kultu chrześcijańskiego w poczet religii wyznawanych w Cesarstwie Rzymskim. To przełomowe postanowienie cesarskie stało się możliwe m.in. dzięki realizmowi politycznemu Konstantyna, ale być może również, czego dowodzą czciciele tego świętego, dzięki jego autentycznemu nawróceniu. Za jego czasów chrześcijaństwo było już tak potężnym ruchem religijnym, że dalsze próby jego ignorowania czy też tłumienia wszelkimi dostępnymi środkami okazywały się bezowocne. „Doświadczenie bowiem dowiodło, że nie ma sposobu, który by ich (chrześcijan) mógł skłonić do porzucenia tego rodzaju uporu” – pisał do prefekta gwardii współrządzący początkowo na zachodzie z Konstantynem cesarz Maksymin (Euzebiusz z Cezarei, H.ec., IX, I, s.393). W IV w. wyznawcy Chrystusa pochodzili już ze wszystkich warstw społecznych, zamieszkiwali nie tylko stare gminy Azji Mniejszej, Egiptu, Palestyny, dzisiejszej Tunezji, Algierii, płd. Hiszpanii, ale również zanieśli Dobrą Nowinę do innych prowincji cesarstwa: Galii, Brytanii i poza jego granice: do Armenii i państwa Sasanidów (Persja). Patrząc na mapę nie można się oprzeć wrażeniu, że chrześcijaństwo rozlewało się niczym z przepełnionego naczynia wszędzie tam, gdzie znajdowało dobre warunki do rozwoju. Po trzech wiekach swego istnienia uświęconego krwią męczeńską posiadało ono już całe rzesz wielkich świętych, a także zręby systematycznej nauki opartej na słowach Jezusa Chrystusa. Stanowiło więc chrześcijaństwo dobrze zorganizowany ruch, silny dzięki autorytetowi Założyciela i Jego spadkobierców.

Wstępując na tron w 306 roku Konstantyn, zwany później Wielkim, zbyt dobrze rozumiał, jaką siłą dysponowało „nowe wyznanie”. Postanowił ją wykorzystać dla wzmocnienia chylącego się coraz wyraźniej ku upadkowi cesarstwa. W obliczu zatarcia się autorytetu starej religii pogańskiej państwo rzymskie potrzebowało nowego bodźca moralnego na tyle silnego, aby zjednoczył rozproszone wysiłki obrony przed atakami barbarzyńców i rozkładem wewnętrznym. Posunięcie cesarza, ograniczonego kompetencjami współrządców, było zrazu bardzo ostrożne. W 313 r. wydał on tzw. Edykt Mediolański pieczętujący swobodę wyznań w Cesarstwie Rzymskim, w tym wyznania Chrześcijańskiego. Rozporządzenie to przytoczone przez Euzebiusza, historyka jego czasów, miało brzmieć następująco: „Ponieważ wolności religii ograniczać nie należy, lecz swobodę zajmowania się sprawami bożymi pozostawić trzeba przekonaniu i woli każdego z osobna, według jego własnego uznania, wydaliśmy rozporządzenie, by i chrześcijanie swej sekty i swej religii wiarę zachowali” (H.ec.,IX, V, 2-3, s.445). Rozpoczął się nowy rozdział w historii Kościoła. Prześladowania miały rozgorzeć jeszcze na krótko za panowania Juliana Odstępcy (361-363), ale odtąd chrześcijaństwo, obdarzane coraz liczniejszymi przywilejami przejęło duchowy prymat w społeczeństwie rzymskim. Powoli „opłacało się” należeć do Kościoła, gdyż zapewniało to powszechny szacunek, cesarskie uznanie i, co tu dużo mówić, przynoszący stałe profity majątek, jeśli kto zasiadł na stolicy biskupiej. Niestety nie tylko dlatego sytuacja wewnątrz Kościoła zaczęła się pogarszać.

Niewątpliwie przymierze Kościół – państwo, które powstało w zamyśle Konstantyna miało podłoże czysto polityczne. Dawało ono cesarzowi możliwość wpływu nie tylko na posunięcia władz duchownych, ale także dzięki pozostawieniu sobie tytułu „Pontifex Maximus” (Najwyższy Kapłan) jeszcze z czasów pogańskich, rościł sobie prawo do rozstrzygnięć dogmatycznych. Oczywiście były to często decyzje słuszne, jak ta o zakazie przyjmowania godności kościelnych przez warstwy najbogatsze, by zapobiec pladze wykupywania godności biskupich, czy też inna o odrzuceniu roszczeń donatystów, sekty zrodzonej z pogardy dla duchownych, którzy ugięli się w czasie prześladowań. Widziano w Konstantynie obrońcę Kościoła. Rzeczywiście tępił on przy pomocy dostępnych sobie środków wielkie herezje, których jeśli wierzyć spisowi biskupa Filastiusza było w końcu IV wieku już 156 rodzajów. Cesarz kierował się tu zresztą prawdopodobnie nie tyle troską o czystość wiary katolickiej, co dążeniem do zachowania silnej jedności Kościoła, głównego filaru swego państwa. Na początku IV wieku odżyły pretensje arian, którzy zwrócili się do życzliwego im początkowo Konstantyna. Miał on rozstrzygnąć o prawdziwości ich wyznania wiary odrzucającej Bóstwo Chrystusa. Znamienne jest, że słowu cesarza przypisywano moc rozstrzygającą, nawet jeśli wówczas nie był on jeszcze ochrzczony. Ale i tu na ich nieszczęście władca w końcu poddał się postanowieniom soboru w Nicei (325) i ogłosił jako obowiązujące „Credo” katolickie, to, które powtarzamy do dzisiaj w naszych kościołach. Prawdopodobnie zważywszy na wszystkie te posunięcia Kościół wyniósł Konstantyna na ołtarze.

Ale nie jest to jedyna strona jego polityki kościelnej. Ta druga przybiera niestety odcień o wiele ciemniejszy, a to głównie za przyczyną apodyktyczności Konstantyna. Poza kilkoma panegirykami z okresu panowania tego władcy, nawet jeśli podają one detale życia, niewiele możemy powiedzieć o jego prawdziwej naturze. Współcześni historycy w ogóle poddają w wątpliwość fakt nawrócenia cesarza. Miał on ponoć do końca pozostać czcicielem Słońca. Zresztą nawet jeśli wierzył głęboko w to, co nakazywał przyjąć innym (choć za jego czasów można jeszcze było składać ofiary bóstwom pogańskim), to jednak w jego stosunku do religii odnajdujemy wiele pozostałości pogańskiej. Po epoce swoich poprzedników przejął niezachwiane przekonanie o kapłaństwie swojego urzędu, dzięki któremu następowało złączenie obu władz: duchownej i politycznej w jednej osobie. Osiągnąwszy w końcu godność jedynowładcy Konstantyn bez osłonek usiłował podporządkować sobie Kościół, nadając mu z jednej strony przywileje i pieczętując jego decyzje, z drugiej stosując politykę nacisku na jego zwierzchników. W krótkim czasie czołowe osobistości duchowne znalazły się na wygnaniu tylko dlatego, że miały odwagę podejmować suwerenne kroki w obronie wiary. Słynna tu jest sprawa Św. Atanazego, samotnej twierdzy stojącej na straży przed zalewem arianizmu. W sporze jaki rozgorzał wokół tej sekty, opuścili go zrazu wszyscy niemal biskupi wspierani dodatkowo wolą Konstantyna. Ten powodowany być może fałszywym przekonaniem a może po prostu monarszą ambicją postanowił: „Jeżeli ktokolwiek [...] zechce próbować [...] przeciwstawiać się naszemu rozkazowi, wyślę natychmiast kogoś, kto go mocą cesarskiego polecenia przepędzi i pouczy, że nie godzi się opierać rozporządzeniom wydanym przez władcę dla dobra prawdy”

(Euzebiusz z Cezarei, Vita Cesarii Constantini, IV, 42). Biskupi trzeźwieli. Zaczynali dostrzegać rosnące niebezpieczeństwo tej „nazbyt korzystnej” dla Kościoła. Starcie zdawało się nieuniknione.

Mając na względzie słowa Św. Pawła: „Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga” (Rz.8, 35), Kościół przystąpił do tworzenia nowej doktryny o stosunkach z władzą świecką. Dużo czasu jednak miało jeszcze upłynąć bo prawie cały wiek, aby cesarz Teodozjusz wydał nakaz burzenia świątyń pogańskich, czyniąc z chrześcijaństwa religię panującą, a jednocześnie aby Św. Ambroży z Mediolanu wygłosił swoją słynną mowę przeciwko Auksencjuszowi (386). Znajdujemy w niej pierwsze zręby katolickiej nauki społecznej, która zrodziła się w oporze wobec polityki interwencyjnej państwa rzymskiego. Ambroży szanował cesarza i wskazywał z pokorą na chrześcijański, a przez to uświęcony charakter jego władzy, ale jednocześnie stał niewzruszenie na gruncie obrony wiary i wolności Kościoła, jako jedynej instytucji strzegącej depozytu tej wiary. „Niechaj cesarz usłucha głosu wolnego kapłana i jeśli leży mu na sercu własne dobro, niechaj zaprzestanie znieważać Chrystusa”. (Ambroży z Mediolanu, Mowa przeciwko Auksencjuszowi, Patrologiae Cursus Completus. Series Latina, za: H. Rahner, Kościół i państwo we wczesnym chrześcijaństwie, W – wa 1986, s. 110) Ambroży przekonywał, że tak jak między chrześcijanami powinna panować miłość Chrystusa, tak właśnie na wzajemnej miłości i pokorze powinny się układać stosunki z cesarzem. Służyć to miało wzajemnemu wspieraniu się w słusznych sprawach. „Kto nas tutaj miłuje, będzie o wiele bardziej miłował jeśli pozwoli nam stać się ofiarą dla Chrystusa”.(tamże, s.111) Biskup Mediolanu stawiał słuchaczom przed oczy wolność wewnętrzną męczenników wiary poprzednich wieków, która nie mogła być tym bardziej uszczuplona w państwie chrześcijańskim. Duchowni mieli zdać sobie sprawę po pierwsze z siły, jaką dysponował Kościół, po drugie z konieczności obrony dziedzictwa Chrystusowego, a „cesarz niechaj czyni, co należy do cesarza”. (tamże, s.115)

Niestety ta nieugięta postawa Ambrożego, a wcześniej Atanazego i wielu innych biskupów nie rozwiązała wszystkich problemów na linii Kościół – cesarz. Odżywały one ciągle w nowych warunkach i formie aż do schyłku średniowiecza, a to głównie za przyczyną podobnych zapędów interwencyjnych ze strony władców Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, szczególnie znanych i w naszej rodzimej historii: Ottona I, II, i kolejnych władców dynastii saskiej. Jak w tej sytuacji ocenić postać Konstantyna Wielkiego, który z chrztem czekał aż do śmierci, a następnie przyjął go z rąk biskupa ariańskiego? Ocena ta nie powinna być oderwana od realiów jego epoki, a jednocześnie musi uwzględniać ona skutki jego działalności. dzięki niemu bowiem chrześcijaństwo otrzymało szansę stania się liczącym podmiotem przemian społeczno-politycznych cesarstwa, a przez to zmierzyć się z siłami dominującymi w nim do tej pory.

Szansa ta do dzisiaj różnie jest wykorzystywana przez obie instytucje w zależności od zaistniałych warunków i uzyskanej przewagi politycznej. Kościół jednak niezmiennie dąży do takiej niezależności od państwa, która zapewniałaby swobodny rozwój obojga. Od czasów Konstantyna zależy mu na dopasowaniu się do takiej polityki władzy świeckiej, która sprzyjałaby sprawiedliwości społecznej i wolności kultu katolickiego. Obecnie w ustroju demokratycznym, panującym w większości krajów, wymaga to wpisu do konstytucji i ułożenia stosunków ze Stolicą Apostolską dokładnie tak, jak piętnaście wieków temu zabiegano o respektowanie swoich praw u władzy wierząc, że: „Nie prawo państwowe zgromadziło Kościół, lecz wiara w Chrystusa”. (tamże, s.116)

dr Anna Sutowicz

Kategoria: Teksty

Komentarze są zablokowane.