Civitas Christiana

Oddział Okręgowy we Wrocławiu

IV. Codzienność uświęcona

Mówiąc o życiu codziennym pierwszych chrześcijan, dotykamy problemu bardzo istotnego dla wszystkich żyjących współcześnie członków Kościoła. Często sięgamy do Pisma Świętego i wzdychając odkładamy wraz z nim na półkę nasze marzenia o harmonii życia wspólnotowego, jakie prowadzili uczniowie Chrystusa na początku historii Kościoła. Niekiedy, szczególnie ludzie dojrzewający, poddajemy się euforii obietnic głoszonych przez różnego rodzaju wspólnoty, które chcą być jedynie enklawą, oazą „prawdziwego życia chrześcijańskiego”. Nie umiemy odnaleźć sposobu na codzienność.

Mówiąc o życiu codziennym pierwszych chrześcijan idealizujemy jego obraz. Oto już wiek po śmierci ostatniego Apostoła Kościół przestał być małym zgromadzeniem elitarnym. Przybywało mu członków, a wraz z nimi, którzy nie mogli znać osobiście ani Apostołów, ani tym bardziej samego Chrystusa, przybywało problemów, nowych wizji wspólnoty. Każdy wnosił swoje oczekiwania i konfrontował je z rzeczywistością Kościoła. W pewnym momencie, choć był to moment zapowiadający się powoli, Kościół stał się zgromadzeniem bardzo różnorodnym pod wielu względami, bardzo licznym, w którym każda pojedyncza komórka zaczęła żyć własnym życiem. Już za panowania Marka Aureliusza (161-180 r. po Chrystusie) granice Kościoła rozpostarły się od Germanii do Mezopotamii, od Renu do Eufratu i Tygrysu. Ewangelia zaczęła już przekraczać granice Cesarstwa Rzymskiego. I to był jej wielki sukces. Dla wiernych zaś wezwanie do zachowywania i przekazywania posłania Nadziei bez uszczerbku dla jej treści. Jak wspomnieliśmy w poprzednim artykule nie zawsze się to udawało. Kościół jednak mimo rozszerzania swoich granic, przyłączania się nowych wyznawców, a skutkiem tego siłą rzeczy mimo zmiany pewnych pierwotnych form kultu, który się rozwijał nabierając cech bardziej uniwersalnych niż tylko zaczerpniętych z tradycji żydowskiej, starał się utrzymać jedność w Duchu Świętym. W każdej prowincji Cesarstwa mogły więc panować odmienne obyczaje, ale ograniczały się one do tak samo gorliwej czci Boga według nauki Jezusa Chrystusa.

Otóż chrześcijanie żyjący w II i III wieku stawiali sobie tak jak my za wzór praktyki i wierność Ewangelii pierwszych wyznawców Chrystusa, kierując się słowami zawartymi w Piśmie Świętym: „Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwie./…/ Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca.”(Dz.Ap.2,42-46) Te zdania stały się wytyczną postępowania dla rozproszonych po całym Cesarstwie zgromadzeń chrześcijańskich, chociaż ich realizacja, jak się już rzekło, sprowadzała na nie podejrzenia całego społeczeństwa rzymskiego, a w konsekwencji często prześladowania.

A jednak wydaje się, że „trwanie w nauce Apostołów” pierwsi chrześcijanie pojmowali bardzo dosłownie i traktowali jako podstawowy warunek przynależności do gminy. Centrum tej nauki stanowiło oczywiście życie i słowa Jezusa Chrystusa. Wokół Niego skupiała się doktryna Kościoła, dlatego tak konsekwentnie bronił on tezy o boskości Syna Bożego. Miłość do Niego jest obecna we wszystkich pismach Ojców Kościoła, mimo iż oni sami różnili się między sobą pod wieloma względami: autorytetem, pochodzeniem, wyrazem swej duchowej wrażliwości. Jezus Chrystus postrzegany był na wzór Apostołów jako Najwyższy Kapłan, Głowa tego żywego organizmu, jaki stanowił Kościół. „Właśnie tam, gdzie jest Jezus Chrystus, tam jest Kościół uniwersalny.” – napisał św. Ignacy w jednym ze swoich listów do Kościoła Smyrny. Tak więc to trwanie przy Chrystusie warunkowało zachowanie pierwotnej duchowości chrześcijańskiej, ale także jej charakter powszechny, uniwersalny, możliwy do przyjęcia w każdej kulturze z uwzględnieniem jej tradycji. Dbałość o to przejawiała się w listach krążących między poszczególnymi zgromadzeniami wyznawców nowej religii. Spisywane na metalu, papirusie, skorupie garnka pisma te zawierały rozliczne rady dla współbraci, wyrażały troskę o ich kondycję duchową i materialną. Przybierając często formę homilii mogły być odczytywane podczas nabożeństw eucharystycznych. Kierowały zawsze uwagę na jedność wszystkich wspólnot w Duchu Świętym, stanowiły też ważne źródło wzajemnej informacji o życiu Kościoła. Dla nas są namacalnym świadectwem atmosfery modlitwy i zjednoczenia wśród chrześcijan pierwszych wieków. Stanowią podstawowy dowód historyczny rozwoju duchowości chrześcijańskiej wokół idei naśladowania Chrystusa i oczekiwania na Jego ponowne przyjście. To właśnie przekonanie o rychłym nadejściu Królestwa Bożego należy uznać za jeszcze jeden szczególny rys religijności pierwotnego Kościoła. Przeczucie męczeństwa, oczekiwanie na Sąd Ostateczny jeszcze silniej spajały więź między jego członkami.

„Trwanie we wspólnocie” traktowane było jako jedyny sposób na właściwe przygotowanie się do ponownego spotkania z Założycielem Kościoła, na utrzymanie czystej wiary i przekazanie jej dalej. A przecież pierwsi chrześcijanie byli ludźmi pochodzącymi i pozostającymi w różnych środowiskach. Wbrew obiegowemu przekonaniu panującemu dzisiaj, w Kościele gromadzili się nie tylko niewolnicy, biedacy, opuszczone wdowy i sieroty z rodzin rzemieślniczych. Obraz ówczesnych wspólnot w Kartaginie, Aleksandrii, Rzymie, Lyonie ukazuje tak wielkie zróżnicowanie w statusie ich członków, że musi nas zastanowić możliwość zlania się ich w jeden organizm żyjący dzięki jednakowym regułom i wspólnemu wszystkim celowi. Pozostają w nich bogaci konsule, niekiedy służący na dworze cesarskim, pretorianie, arystokraci, myśliciele, którzy modlą się i posilają razem z nędzą miast i wsi: drobnymi rzemieślnikami, chłopami, prostymi żołnierzami. W momencie wstąpienia do świątyni zostawiali oni poza sobą swój stan i majątek. Jednoczyła ich gotowość na męczeństwo, świadomość równości wobec Boga. Wszyscy tak samo gorliwie musieli przygotowywać się do chrztu i tak samo żałować za swoje grzechy, aby dostąpić łaski oczyszczenia jednakiej dla każdego skruszonego. W ten sposób problemy stawały się wspólne bez względu na to, kogo dotyczyły, radość z nowego wyznawcy taka sama niezależnie od tego, kto nim był. Tak właśnie chrześcijanie budując ten sam Kościół „przebywali razem”. Już nie fizycznie, skoro było ich tak wielu, ale duchowo, psychicznie – „i wszystko mieli wspólne”. Chociaż Kościół od nikogo nie wymagał porzucania swoich obowiązków, jeśli zgodne były z jego moralnością, ani majątku, jeśli służył on bliźnim, to przecież często zdarzały się przypadki sprzedaży dóbr na rzecz wspólnoty. Kościołowi obce były również hasła zniesienia niewolnictwa, którego system wrósł tak mocno w podstawę kultury świata starożytnego. A jednak nawracający się wielcy posiadacze obdarzali często wolnością swoją służbę, kierując się naturalnym nakazem swojego serca. Ta dobrowolność w okazywaniu sobie pomocy zespalała chrześcijan we wzajemnym szacunku i przywiązaniu do siebie. Znamy imiona biskupów, którzy będąc z pochodzenia niewolnikami, zawiadywali wspólnotą rzymską. Byli to Pius i Kalikst, przed którymi chyliły głowy zacne matrony i szacowni obywatele rzymscy. To nie wspólnota dóbr, ale posiadanie wielkiego skarbu – Ewangelii – i odpowiedzialność za nią czyniły ze zwykłego zbiorowiska prawdziwą „communio”, która ideę braterstwa traktowała jak najpoważniej. Kobieta, choć poddana swojemu mężowi, uznawana była tutaj za równoprawną członkinię zgromadzenia. To dopiero chrześcijaństwo doceniło wartość, jaką wnoszą do życia wspólnoty dzieci. Dlatego zarówno wdowy, jak i sieroty otaczano szczególną opieką, za którą odpowiedzialni czuli się wszyscy współwyznawcy, zwłaszcza zaś biskup. Pomoc ta była wyrazem wiary zgodnie ze słowami św. Jakuba (Jk.1,27).

Wspólnoty chrześcijańskie jako pierwsze zorganizowały materialne wsparcie dla najbiedniejszych dla najbiedniejszych braci polegającą na gromadzeniu, a następnie rozdawaniu zboża. Prowadzono przy tym księgę z listą potrzebujących, którą zajmował się biskup. Pomoc zresztą polegała nie tylko na dzieleniu się dobrami materialnymi, ale także swoim czasem i osobą. To bardzo ważne, jeśli się zważy, że naówczas nie istniały ani szpitale, ani żadna forma zinstytucjonalizowanej opieki nad chorymi. Imiona chrześcijańskich lekarzy udzielających pomocy współbraciom znamy dzięki zachowanym epitafiom. Szczególnie surowo przestrzeganą zasadą był nakaz chowania zmarłych, wsparty dodatkowo panującym ówcześnie przekonaniem o niemożliwości odejścia z tego świata duszy człowieka porzuconego bez grobu. Dlatego wspólnoty zajmują się pochówkiem ubogich i obcych na swój koszt. Te wszystkie formy pomocy przejmie później państwo, naśladując nawet niekiedy szczegółowe rozwiązania, jakie wprowadził w II i III wieku Kościół.

Wszystkie te poczynania poszczególnych gmin, wymagające od ich członków wielkiego samozaparcia i poświęcenia musiały być wsparte przez modlitwę. „Trwanie w łamaniu chleba i w modlitwach” dawało wierzącym nowe zapasy sił i ożywiało atmosferę miłości, dzięki której z ochotą wyrzekali się swoich dóbr, czasu, zapominali o statusie i należnych im prawnie honorach. Sprawowanie liturgii, czyli służby religijnej w zgromadzeniu, uczestnictwo w niej stanowiło w gminie święto i niezbędny element jej życia. Była to najważniejsza okazja do spotkania wszystkich wiernych zjednoczonych na Eucharystii w obecności Chrystusa. Modlitwa przenikała wszystkie czynności dnia, tak że każde zajęcie przemieniało się w nią. Najczęściej rozmawiano z Bogiem w pozycji stojącej z uniesionymi ramionami, ale forma modlitwy interesuje nas tylko na marginesie zachwytu jej treścią. Później przecież ulegała ona zmianom, a nigdy nie przestała być wyrazem wiary w Boga. Wspomagana ascezą miała przemieniać życie chrześcijanina tak, aby godząc się na trudy codzienności mógł on cierpliwie oczekiwać nadejścia Chrystusa. Choć asceza polegająca na zachowywaniu różnego rodzaju wstrzemięźliwości i postu nie była obca już pogańskim filozofom, to przecież dopiero w chrześcijaństwie nabrała wartości oczyszczającej i jednoczącej wszystkich wyznawców. Uprawiano ją ze szczególną surowością w Syrii, ale wszędzie traktowano jako pełną realizację ideału życia i modlitwy. Mimo iż przybierała niekiedy formy przesadne i dziwaczne, grożące poddaniem się grzechowi pychy, w założeniu miała odzwierciedlać naśladowanie Chrystusa.

Modlitwa nadawała rytm dniom i nocom – wracano do niej o określonych porach doby: przed posiłkiem, pracą, snem. Towarzyszyła poszczególnym etapom życia chrześcijanina. Przyjęcie przez niego kolejnych sakramentów to najważniejsze momenty drogi do Boga, święta dla pojedynczych wyznawców i całych wspólnot. Obrzęd chrztu dopuszczał do udziału w zgromadzeniu eucharystycznym i dokonywał się po długim okresie przygotowań oraz w wyniku nieodwołalnej decyzji katechumena. Ale w rodzinach chrześcijańskich już wtedy zaczęto chrzcić małe dzieci wierząc, iż w ten sposób zapewnia się im wstęp do nieba, zdrowie ciała i czystość duszy. Sakrament ten udzielany był według wiary w Trójcę Świętą – przez trzykrotne zanurzenie w sadzawce lub polanie wodą: „A zaś co do chrztu, w ten chrzcijcie sposób: wszystko to wymawiajcie i chrzcijcie: w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” (Didache,7). Chrzest jako wstęp do życia odmienionego w imię Chrystusa zobowiązywał do ubóstwa, prostoty i miłości. Uświęcał on człowieka i dawał mu prawo do pełnego uczestnictwa we wszystkich dobrach Kościoła.

Chociaż potrzebę zawarcia małżeństwa odsuwano na drugi plan, akcentując pożytek duchowy dziewictwa i celibatu, co przeczyło ustalonej tradycji państwa rzymskiego zobowiązującego do zakładania rodzin, to jednak Kościół szanuje składanie ślubu wierności, uznając legalność pożycia małżeńskiego i seksualnego. Podczas tej ceremonii kobieta otrzymywała żelazną obrączkę w odpowiedzi na jej osobistą zgodę na zaślubiny. W małżeństwie zyskiwała ona wysoką godność żony i tę samą rangę społeczną co mężczyzna. Tak pojęte pobożne życie chrześcijańskie przygotowywało na spotkanie z Chrystusem, czyli na śmierć poprzedzoną często osobnym błogosławieństwem Kościoła. Według zaleceń św. Jakuba umierający „Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk.5,14-15).

Modlitwa i przyjmowanie sakramentów wspierały chrześcijanina na ciężkiej drodze do doskonałości. Stanowiły dla niego podstawowy warunek przynależności do Kościoła i decydowały o obliczu religijnym człowieka. Nowy wyznawca Chrystusa w momencie wstępowania do gminy przyjmował na siebie automatycznie obowiązek stosowania się do obyczajów i przyjęcia surowych zasad moralnych i obowiązków liturgicznych wynikających z samego faktu przynależności do Kościoła. Miały one przemieniać go wewnętrznie tak, aby mógł być godny miana chrześcijanina, gdyż traktowane ono było jako wyróżnienie i nagroda. W tym właśnie nowa religia różniła się od rozwijających się dotąd wierzeń starożytnych, w których nakazy sprawowania kultu, przestrzegane z równą surowością i konsekwencją, miały jedynie wymiar obowiązku, często obowiązku czysto państwowego i nie wnikały w głębię osobowości człowieka. W chrześcijaństwie głównym powołaniem członka Kościoła stało się powołanie do świętości. Mogło się ono zrealizować nawet pod koniec życia, zgodnie z przypowieścią Chrystusa o najmowaniu robotników do pracy w winnicy. (Mt.20,1-16) Ale od III wieku, kiedy to coraz więcej rodzin chrześcijańskich wprowadzało do wspólnoty małe dzieci, obowiązek uświęcania zaczynał dotyczyć całego życia naśladowców Chrystusa. Powoli uczyli się oni realizować go każdego dnia bez względu na pojawiające się trudności, skupiając się wokół swoich duchowych przewodników. I tu właśnie leży ukryta tajemnica piękna życia codziennego pierwszych chrześcijan: nie w formach modlitwy ani obrzędów, jakie wypracowali, ale w ewangelicznej treści, którą uważali za obowiązującą w każdym miejscu i czasie.

Błogosławiona prostota, która omija zawiłe drogi trudnych zagadnień, a idzie równą i prostą ścieżką przykazań Bożych”

Tomasz a Kempis, O naśladowaniu Chrystusa, IV,18,2,

O tajemnicy Sakramentu Ołtarza.

Pośród przykazań kościelnych znajduje się jedno szczególnie ważne, zobowiązujące nas do przyjmowania Komunii Świętej przynajmniej raz w roku – w czasie wielkanocnym. To jest nasz przywilej jako chrześcijan. Sakrament Eucharystii ustanowiony został bowiem przez samego Chrystusa jako pomoc dla Jego uczniów w drodze do Ojca. Sakrament ten stanowi jednocześnie jedną z największych tajemnic naszej wiary, wobec której stajemy niezmiennie od dwudziestu stuleci w niemej pokorze. Któż jest w stanie zrozumieć głębię Ofiary Chrystusa i to, „Jak On może nam dać [swoje] ciało do spożycia?” [J.6,52] Kto może do końca pojąć istotę słów Jezusa: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” [J.6.56], jeżeli nie powierzy słabości swojego umysłu samemu Bogu? A przecież nie zrozumieli tych słów również słuchający Chrystusa i większość odeszła od Niego w zgorszeniu.[J.6,66]

Trzeba pamiętać, że już Rzymianie oskarżali chrześcijan, iż wyznają jakiś dziwny rodzaj religii dopuszczającej uprawianie kanibalizmu. Nie rozumieli oni istoty nabożeństwa, ale przecież nie rozumieli jej też często sami chrześcijanie – spadkobiercy nauki Apostołów. Poganie mogli przekazywać sobie jedynie z ust do ust wyolbrzymione, zasłyszane to i ówdzie wiadomości o obrzędach nowej sekty uchodzącej za wyjątkowo ekstrawagancką. Wystarczyły one do podjęcia ataku na moralność chrześcijan, ataku nie przebierającego w słowach i czynach. Owo haniebne oskarżenie kierowane pod adresem wyznawców Chrystusa zarówno ze strony prostej gawiedzi, jak i wykształconych filozofów, zmusiło myślicieli chrześcijańskich do głębszej refleksji i sformułowania pierwszych prawd o Sakramencie Ołtarza.

Już Apostołowie przeczuwali, co się stało w czasie Ostatniej Wieczerzy i wielekroć pisali o tym w swoich listach do różnych gmin chrześcijańskich. Ale początki teologii na temat Eucharystii należałoby datować dopiero na III wiek po Chrystusie. Interpretacja słów Chrystusa przewija się w zasadzie już wcześniej w myśli wszystkich Ojców Kościoła, stanowiąc nawet niekiedy jej centrum. Ale dopiero owe ataki pogan powodują bliższe precyzowanie argumentów za świętością obrzędów dokonywanych w świątyniach chrześcijańskich. I tak już święty Ignacy z Antiochii (II w.) stara się wyjaśnić istotę tego faktu. Słowa Jezusa pojmuje dosłownie św. Ireneusz z Lyonu żyjący w tym samym wieku, a również starszy o całą epokę święty Cyprian, który dodaje z naciskiem, że Eucharystia sprawowana poza Kościołem Katolickim jest nieważna. Podobnie, zakładając realność przemiany Chleba i Wina, rozumieli Sakrament Ołtarza Ojcowie Kapadoccy. Oczywiście żaden ze świętych myślicieli nie usiłował nawet dotrzeć do tajemnicy sposobu, w jaki dokonuje się ta cudowna Przemiana. Dla każdego z nich Chrystus w swej nieskończonej miłości, sobie tylko wiadomym sposobem oddaje się nam jako Pokarm pod postacią Chleba i Wina. Jedynym więc wytłumaczeniem, aczkolwiek niezrozumiałym dla pogan, jest przyjęcie istnienia cudu jako owocu modlitwy kapłana katolickiego i łaski Bożej.

Pojawiali się naturalnie w dziejach teologii i takie postaci, którym trudno było przyjąć rzeczywistość Sakramentu Eucharystii. Często sprowadzali go oni do symbolu obecności Jezusa, a sprawowanie traktowali wyłącznie jako pamiątkę Ostatniej Wieczerzy. Jako błądzących Kościół odrzucał ich przemyślenia. Pośród nich znalazł się wywierający skądinąd duży wpływ na kulturę starożytności i średniowiecza Orygenes.

Ponieważ Kościół od początku swoich dziejów przyjął prawdę o każdorazowym ofiarowaniu się Chrystusa podczas Eucharystii, do szczególnej godności zostali podniesieni kapłani. Traktowani jako przedstawiciele Jezusa sprawując „ofiarę Kościoła Świętego”, cieszyli się niepodważalnym autorytetem. Podlegając przepisom o czystości obrzędowej mieli dbać o należną pokutę i oczyszczenie z grzechów swoich podopiecznych. Ten szczególny nacisk na konieczność odpuszczenia wszystkich win jako nakaz kultowy jest bardzo charakterystyczny dla duchowości pierwszych wieków chrześcijaństwa. Profan, zgodnie ze starożytnym przekonaniem, mógł ściągnąć Boży gniew na całą gminę, której skupiało się przecież wokół Mszy Świętej.

Eucharystia przyjęta godnie miała stanowić podstawowy środek osiągnięcia szczęścia wiecznego po śmierci, a tu na ziemi działała jak lekarstwo na ludzką słabość, samotność, na wszelkie braki i niedostatki codzienności. Chrystus ukryty pod postacią Chleba jeszcze w późnośredniowiecznych źródłach hagiograficznych i kronikach nazywany jest „Najwyższym Lekarzem”. Kolejne pokolenia chrześcijan szukały w Sakramencie Ołtarza wzmocnienia podczas trudnych okresów prześladowań, a później pozornego upadku Kościoła. Przyjęcie Komunii Świętej nie tylko przynosiło pomoc, ale jednocześnie poprzez zjednoczenie wierzącego z Chrystusem wynosiło człowieka do godności mieszkania Boga Samego, Jego świątyni. To uświęcenie ludzkiej natury było traktowane we wczesnej teologii jako najważniejszy owoc Eucharystii.

Dlatego kult Ciała i Krwi Chrystusa był tak bardzo rozbudowany we wczesnych wiekach chrześcijaństwa. Najstarsze modlitwy eucharystyczne zachowały się najprawdopodobniej w „Didache”, starożytnym zbiorze nauk moralnych i różnych napomnień. Wskazują one na ofiarniczy charakter Sakramentu i jego podniosłość. Dzięki Eucharystii bowiem chrześcijanie pierwszych wieków szczególnie silnie doświadczali obecności Chrystusa, który ich w ten sposób jednoczył. To właśnie na Nim, jako na Najwyższym Kapłanie i jednocześnie Ofierze Przymierza, koncentrowało się życie wspólnotowe gmin. Na liturgię eucharystyczna zaś składały się dwie oddzielne części: najpierw spożywano wspólnie posiłek, by następnie przystąpić do właściwego celebrowania Eucharystii, podczas którego kapłan odmawiał modlitwy dziękczynne nad Chlebem i Winem. Podkreślić jednak należy, iż obie te części Mszy Świętej stanowiły odrębne całości i miały różne znaczenie liturgiczne – nie można mylić ich hierarchii.

Zauważmy na koniec, że Komunia Święta jako prawdziwe Ciało i Krew Chrystusa jest udzielana tylko w Kościele Katolickim, gdyż tylko on zachował o niej niezmienioną naukę. Przyjmujemy wprawdzie ważność sakramentów w niektórych innych Kościołach, ale dopiero rozumienie faktu przynależności w Chrystusie do Matki Kościoła, nadaje Eucharystii pełny jej sens i znaczenie. Uczestnictwo w tym sakramencie podnosi ważność naszej ludzkiej kondycji. Każdy, kto nie może do niego przystąpić, powinien rozumieć własne odłączenie od Chrystusa i tęsknić za Nim, bo „Gdyby ten Najświętszy Sakrament sprawowano tylko na jednym miejscu i na całym świecie tylko jeden kapłan mógł go konsekrować, z jakim nabożeństwem cisnęliby się ludzi do tego miejsca.”["O naśladowaniu...",4,2,13] Ekumeniczne nabożeństwa, podczas których następuje tzw. „dzielenie się chlebem”, chćb7y przebiegały w najprzyjemniejszej i najbardziej braterskiej atmosferze, nigdy nie zastąpią prawdziwej Mszy Świętej, i przy całej miłości dla tych „braci naszych odłączonych” musimy pamiętać, że herezja głoszona przez ich przodków uniemożliwia im przyjęcie Ciała i Krwi Chrystusa. A ono jest przecież jedyną naszą pomocą, lekarstwem i nadzieją na Niebo.

dr Anna Sutowicz

Kategoria: Teksty

Komentarze są zablokowane.