Civitas Christiana

Oddział Okręgowy we Wrocławiu

Historia Kościoła: II. Kościół cierpiący

Powiada się o chrześcijaństwie, że żadna inna religia nie rodziła się w tak błogosławionym cierpieniu jak ono. Przytacza się wtedy obrazy aren cyrkowych Cesarstwa Rzymskiego, które ku uciesze nienasyconego rozrywką społeczeństwa pogańskiego stawały się tłem męczeństwa pierwszych chrześcijan umierających z imieniem Chrystusa na ustach. Tak wypełniały się słowa samego Mistrza, który z miłością przestrzegał swoich uczniów: „Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu na świadectwo im i poganom.”(Mt.10,17-18). To właśnie dlatego pomni na te ostrzeżenia Chrystusa Apostołowie po Jego śmierci schronili się w zamknięciu „w obawie przed Żydami” i dopiero tchnienie Ducha Świętego dało im odwagę wiary.

Kościół od początku rodził się jako wspólnota wiary. To ona wyznaczała wartości, którymi kierowano się w codziennym postępowaniu. To ona odnosiła całe życie uczniów do rzeczywistości nadprzyrodzonej, czyli dawała im przeczucie istnienia życia w prawdziwej miłości i pokoju u boku Nauczyciela. W obliczu tej wiary i obietnic złożonych przez Zmartwychwstałego życie na ziemi dla jednych było niewiele warte, lub zgoła nic, dla innych tylko tyle, o ile stawało się znakiem Bożego działania. Dla wszystkich chrześcijan jednak było jedynie wędrówką do wieczności. Czy kogoś może jeszcze dziwić, że zachęceni odważnym świadectwem Apostołów ich uczniowie nie wzdragali się przed skróceniem sobie tej długiej pielgrzymki? Czy prawdziwy żołnierz Chrystusa mógł cofnąć się przed śmiercią „na posterunku”, jeśli była ona honorowym biletem wstępu do Domu Ojca Niebieskiego? Czy można pytać o powody, dla których święci idący na straszną mękę cieszyli się z niedługiego spotkania z Tym, za którym tęsknili? Dla nich męczeństwo było wielkim świętem, aktem uroczystym, powodem do chluby.

Czy my, żyjący pod skrzydłami tego samego Kościoła rozumiemy takie postępowanie? A przecież jesteśmy jak oni obdarzeni Duchem Bożym, otoczeni łaską, Aniołami Stróżami… Jeśli jest, jak mówię, to możemy pojąć zdziwienie pogan wysyłających na śmierć całe chrześcijańskie rodziny i nie napotykających z ich strony oporu, może ledwie dostrzegalny strach przed fizyczną męką, może tylko wahanie, czy jest się już gotowym. To zdziwienie przeradzało się łatwo we wściekłość urażonej dumy napędzającą dalej machinę prześladowań Prawdy.

Początkowo Rzymianie sami, a tym bardziej ich cesarze niewiele zajmowali się chrześcijaństwem. Było to społeczeństwo tzw. tolerancyjne, aczkolwiek kierujące się swoimi nienaruszalnymi zasadami. Najniebezpieczniejszą jednak z nich, jak się później okazało i zresztą okazuje do dzisiaj, była owa zasada tolerancji, stojącej na straży akceptacji indywidualnych wartości postępowania obywateli bez względu na to, według jakiego kodeksu etycznego były przyjmowane. Wyrazem tej wolności była synkretyczna religia panująca w cesarstwie. Składały się na nią elementy tak wielu kultów przejmowanych w wyniku podbojów różnych ludów, że trudno ustalić nawet jakieś cechy wspólne dla nich, zbudować coś na kształt teologii obowiązującej poddanych cesarza. Dowolność w pojmowaniu bóstwa i nadawaniu mu imienia była ograniczona tylko jednym wyjątkiem: nie mogła wykluczać z Panteonu samego cesarza. To on, „maximus pontifex”, miał prawo i obowiązek egzekwowania czci dla swojej osoby jako obdarzonej cechami nadprzyrodzonymi. Działo się tak być może, że w zdrowym odruchu socjologicznym społeczeństwo rzymskie odczuwało potrzebę jakiegoś wspólnego odnośnika całego kultu, któryby to społeczeństwo integrował i czynił zeń wspólnotę. Dlatego też nikomu specjalnie nie przeszkadzał ten casus rzymskiego prawa, zwłaszcza, że nie wiązał się z wielkimi wyrzeczeniami.

Tak więc początkowo przez kilkadziesiąt lat przechodzono do porządku dziennego nad chrześcijaństwem. Postrzegano je jako jeszcze jedną sektę religijną, wyrosłą na gruncie judaizmu. Takie świadectwo o nim dał jeszcze wielki historyk państwa rzymskiego, Tacyt, żyjący w I w. po Chrystusie. Wprawdzie i Żydzi, posiadający dość znaczną swobodę w wyznawaniu swej monoteistycznej religii, traktowani byli z dużym podejrzeniem o wyłamywanie się spod prawideł życia społeczno-politycznego cesarstwa, ale mieli oni gwarantowane prawa do nieskładania hołdu władcy jako bogu. Pozostając pod baczną kontrolą administracji rzymskiej wyznawcy Jahwe żyli niejako w zamkniętej enklawie swoich obyczajów nie dążąc do rozszerzania swoich wpływów. Inaczej chrześcijanie: aktywni, otwarci, głośno nawołujący do nawrócenia. Dlatego najpierw zostali odrzuceni przez Naród Wybrany, który od początku nie mógł pogodzić się z nauką Chrystusa i jej odwróceniem wartości Mojżeszowego Prawa. Jak przed Piłatem Żydzi szybko postawili chrześcijan przed władzą cesarza z oskarżeniem o zagrożenie z ich strony dla państwa. Należy zaznaczyć, że stało się tak mimo wyraźnej lojalności wobec władzy cesarskiej okazywanej zawsze przez wspólnoty chrześcijańskie tam, gdzie nie kłóciło się to z pokorą wobec Boga. Taki był nakaz Chrystusa, potwierdzony następnie kilkakrotnie przez św.Pawła.

Konflikt chrześcijaństwa z państwowym politeizmem był jednak nieunikniony. Łączył się on dodatkowo z odrzuceniem obyczajowości społeczeństwa rzymskiego i wynikającym stąd ograniczeniem kontaktów międzyludzkich. Stosowanie się na przykład do zakazu małżeństw mieszanych sprowadziło na chrześcijan podejrzenie o niemoralność i rozpustę. I tak nowa religia stała się „illicita”, niedozwolona, jako zagrażająca narazie tylko swobodzie wyznania Rzymian (jeśli utożsamić je z etyką postępowania rodzinnego i społecznego), w konsekwencji zaś władzy cesarza i jedności państwa.

Prześladowania inspirowane były najczęściej wolą ludu, oddolnym nakazem tajemniczego stronienia od uciech cyrkowych i praktyk pogańskich. Ale nie tylko. Przybierały także charakter administracyjny i powszechny, szczególnie od czasów cesarza Decjusza (249-251 po Chr.), który jako pierwszy wydał edykt stricte antychrześcijański. Do IIIw. chrześcijan karano tylko na podstawie starych ustaw, a często bez bliższego precyzowania zarzutów. Słynne prześladowanie zarządzone przez cesarza Nerona, a opisane w Sienkiewiczowskim „Quo vadis”, było jedynie słabym preludium do następujących po nim wieków zmagania się chrześcijaństwa z prawem pogańskiego państwa. Od owego krwawego 64-tego roku po Chr. kolejni cesarze próbowali zahamować ten pochód ludzi wznoszących na ich oczach prawdziwie wielki gmach nowej struktury społecznej, kultury opartej o mocne podstawy nowej etyki i moralności. Cesarz Domicjan sformułował oskarżenie względem chrześcijan o ateizm, Trajan przyglądał się obojętnie samosądom ludowym nad nimi, filozof Marek Aureliusz stworzył „naukowe podstawy” oskarżeń, by je następnie krwawo egzekwować. Tak też postępowali po kolei: Septymiusz Sewer w imię ocalenia potęgi cesarstwa, Maksymilian Trak, Decjusz, Walerian, w końcu najbrutalniej Dioklecjan. Do końca IIIw. zginęły rzesze męczenników, choć nikt nigdy nie ustalił, nie był w stanie ustalić ich faktycznej liczby mimo powstawania coraz to nowych hagiograficznych świadectw męczeństwa. Przeszły one stopniowo do tradycji Kościoła jako dowód jego męstwa i wierności Chrystusowi.

Warto przyjrzeć się nieco bliżej jednej z postaci, wokół której żywa legenda tworzyła się w okresie wczesnego chrześcijaństwa, a która dziś już nieco zapomniana pozostaje dla wielu nic nie mówiącym imieniem świętego. Oddajmy głos późniejszemu o kilka wieków historykowi z Cezarei, który przekazał fragmenty takiego listu skierowanego do gminy rzymskiej: „Z Syrii aż do Rzymu jestem w walce ze zwierzętami[...]. Obym już był wśród zwierząt, które na mnie czekają! Oby się prędko rzuciły na mnie! Będę je nawet pieścił, byle mnie tylko zaraz pożarły, nie tak jak innych, których się ulękły i ich nie tknęły. A gdyby się wzbraniały i nie chciały, użyję siły[...]. Straszne męki szatańskie niech spadną na mnie, bylebym tylko posiadł Chrystusa!” (Euzebiusz z Cezarei, H.e.III,36,7,s.136) List ten został napisany przez biskupa Antiochii, Ignacego, około 110 roku, a więc w okresie panowania cesarza Trajana. Czytając te wersy wzdragamy się przed wejściem w ich głębszy sens, gdyż pozostaje on ukryty pod pompatycznymi wyrażeniami obcymi już dziś naszej retoryce. Przebija z nich jednak tak głębokie pragnienie śmierci męczeńskiej, że stajemy wobec tajemnicy przeżyć tego człowieka. Ignacy prosi w liście, aby nie starano się o jego uwolnienie. Zachowuje się jak triumfujący dostojnik doznający własnego wyniesienia, ale jeszcze i to poczytuje sobie za pokusę, gdyż wie jak łatwo jest mu popaść w pychę. A przecież pożarcie przez zwierzęta to tylko łaska od Boga dana mu bez żadnej zasługi.

Ignacy jednak to nie tylko jego śmierć. Jako nawrócony Grek posiadający jak święty Paweł rozległą wiedzę i wykształcenie wykorzystywał je w apologetycznej szermierce z wrogami Kościoła. Z kultury greckiej przejął język z jego jasnością i logiką. Sprawując urząd biskupa w Antiochii praktykował tzw. kolegialność w wyborze zwierzchników gmin, co musiał uznawać za realizację nakazu pokory i równości w miłości Chrystusowej. Całe jego życie stanowiło więc moralne przygotowanie do tego ostatecznego aktu ofiary dla Mistrza, gdyż miłość dla Niego była największą namiętnością Ignacego. Tak rozumiał nakaz łączenia miłości i uczynków, nauki i jej realizacji we własnym życiu. „Nauczanie jest bardzo dobrą rzeczą -mawiał skromnie ten człowiek zmagający się z herezjami – jeśli się tylko samemu praktykuje to, czego się naucza.”

„Relikwie świętego Ignacego Antiocheńskiego, którego grobem tak jak chciał, stały się mu żołądki dzikich zwierząt w rzymskim amfiteatrze – przy czym niektóre pozostałe większe kości przewieziono do Antiochii i złożono na cmentarzu [za miastem] – po upływie wielu lat zostały uroczyście przeniesione [do miasta], albowiem sam Bóg Najświętszy natchnął taką myślą [cesarza] Teodozjusza”( Ewagriusz Scholastyk, Historia Kościoła, tł.St.Kazikowski, Warszawa 1990, I,XVI,s.29) Wokół postaci Ignacego nazywanego Teoforos, czyli „ten, co w sercu nosi Chrystusa”, narosła legenda, zrodził się kult. Początkowo bowiem męczennicy uznawani byli za świętych w sposób naturalny, bez osobnej sankcji Kościoła, który jednak przyczyniał się do rozwoju tej czci dla umęczonych. Spełniała ona bardzo ważną rolę. Nie tylko integrowała wiernych wokół nauk i życia tych świętych, ale nade wszystko pełniła funkcję bodźca dodającego odwagi w trudnych momentach prześladowań. Świadectwa hagiograficzne były tak powszechne, że dziś już trudno dotrzeć do pełni prawdy historycznej tych tekstów. Jednak pozostały teksty autentyczne, pisane ręką samych świętych, tak jak właśnie listy świętego Ignacego. Dzięki temu jego imię odbija się niejako od tego tła zamordowanych papieży, biskupów, kapłanów, których palono żywcem, topiono w niegaszonym wapnie, oddawano zwierzętom, ścinano. Ich przykład miał zachęcać do żywego świadectwa wiary, a przecież historycy znają zjawisko ucieczki od męczeństwa w obliczu najcięższej próby. Nasilało się ono szczególnie za czasów prześladowań Decjusza i Waleriana. Stosunek do tych „upadłych” chrześcijan, czyli do „lapsi”, był następnie w gminach różny. Toczyły się głębokie spory o możliwość pokuty i przebaczenia za tak wielki grzech. Najczęściej ostatecznie przeważała jednak postawa niewyłączania „lapsi” ze wspólnoty. Rozumiano bowiem, że Kościół to nie tylko męczeństwo i przygotowanie do heroizmu na arenie cyrkowej, ale przede wszystkim codzienność ukrzyżowana według wolnej woli człowieka.

Epoka męczeństwa skończyła się w Kościele z chwilą przejęcia pełnej władzy w cesarstwie przez Konstantyna Wielkiego na początku IV wieku. Był on pierwszym chrześcijańskim władcą świata. Wielu jednak rozumiało, że rozpoczął się dla Kościoła okres jeszcze trudniejszych wyborów, w których starano się kierować narosłą już tradycją świętości i nauki chrześcijan pierwszych wieków, szczególnie jeśli idzie o ich nieugiętą walkę z rosnącymi jak grzyby po deszczu herezjami.

dr Anna Sutowicz

Kategoria: Teksty

Komentarze są zablokowane.