Civitas Christiana

Oddział Okręgowy we Wrocławiu

Historia nauczycielką życia

Oddział Okręgowy Stowarzyszenia we Wrocławiu nie ustaje w podkreślaniu rangi nauczania historii. Spotkania, roboczo nazwane „tajnymi kompletami” zgromadziły już wielu uczniów województwa dolnośląskiego. W cykl ten wpisał się także pracowity dzień 19 lutego. Rozpoczęła go prelekcja w Centrum Kultury w Głuszycy, zakończył zaś wykład JE ks. prof. Ignacego Deca, biskupa świdnickiego. Wieczorne spotkanie w siedzibie oddziału „Civitas Christiana” w Wałbrzychu skłania do wielu refleksji.

Czym jest historia?

Już samo hasło, wokół którego się spotkaliśmy – „Historia nauczycielką życia” – jest symptomatyczne. Ksiądz biskup w swoim wykładzie postanowił podzielić się słuchaczami refleksjami nad tym, czy dzisiaj zawołanie to jest nadal aktualne. Zanim jednak sformułował wnioski, kilka słów poświęcił terminologii, niezbędnej do stworzenia zrozumiałego, przyswajalnego opisu sytuacji. Pochylając się nad zagadnieniem historii pochylamy się nad przeszłością, rozumianą jako dzieje, bieg wypadków, zdarzenia, które miały już miejsce w czasach dawnych. Jest to proces, który stale się odbywa i nie da się go zatrzymać, a przynajmniej człowiek nie jest władny tego uczynić. Ludzie są osadzeni w tym procesie, są jego uczestnikami, tworzą pokolenia wędrujące przez czas. W drugim znaczeniu za nazwą „historia” kryje się nauka o dziejach. Jest to nauka badającą – kolokwialnie mówiąc – to, co za nami, co się wydarzyło, od stworzenia świata aż po aktualną sytuację. Specjalizacja opiera się albo o cezurę czasową albo tematyczną. Stąd wyróżniamy historię powszechną, historię Polski, Kościoła, ruchów robotniczych etc. Nasze refleksje dotyczyć będą historii właśnie w tym drugim znaczeniu.

Od historii możemy i musimy się uczyć – stwierdził czcigodny prelegent. Należy ją czytać niczym podręcznik i szukać natchnienia do budowania życia dzisiejszego i  przyszłości. My, Polacy mówimy o sobie, że nie potrafimy wyciągnąć żadnej nauki z dziejów. Tymczasem jesteśmy doceniani przez innych, również przez Ojca Świętego Pawła VI. Chwalił on naród polski za mądrość objawiającą się w „wydobywaniu przyszłości z przeszłości”. Pochwała taka, bardzo miła dla ucha, przede wszystkim nakłada na nas obowiązek takiego myślenia i działania, byśmy stali się godnymi tych ciepłych słów. Trzeba przy tym działać mądrze, dokonać kwerendy źródeł. Na początek wystarczy porównanie publikacji historycznych w największych dziennikach i tygodnikach. Wnioski odnośnie stopnia zakłamywania historii nasuną się same.

Po co nam historia?

Niestety, na chwilę obecną zauważamy trend, który można nazwać antyhistorycznym. Na jednym ze szkolnych „tajnych” spotkań z ust uczniów padły dwa treściwe pytania: „Po co panowie organizujecie te spotkania, po co nam historia?” oraz „Dlaczego oczekujecie od nas dyskusji o historii, skoro wychowywani jesteśmy w stereotypie, który nakazuje nam postrzegać ją jako coś niepotrzebnego?” Niezależnie zatem od tego, czy spojrzymy na edukację jako na system, czy też porozmawiamy „u dołu” z uczniami, dostrzegamy niemal walkę z nauczycielką życia. Niebezpieczeństwo czai się w pozorze dobra. Spoglądajmy w przyszłość, specjalizujmy się w konkretnych zawodach, odrzućmy bagaż starych mitów – głoszą piewcy „nowoczesności”. I dodają: historię zostawmy profesjonalnym historykom, nie ma potrzeby mieszać dzieciom w głowach. Jakże przypomina to frazesy o Kościele, który powinien ze swoim głosem pozostać w progach świątyń…

Po co zatem historia? Jeżeli nawet porzucimy „duchowe” korzyści i postanowimy spojrzeć na tę naukę w sposób utylitarny, to nasuwają się przynajmniej dwa znaczące argumenty. Po pierwsze uczymy się nie popełniać tych samych błędów. Możemy wyciągnąć wnioski co do przyczyn i skutków i unikać zachowań prowadzących do zła. Po drugie, gdy przyjrzymy się dokonaniom naszych przodków, to zrozumiemy, że wiele rzeczy już dawno odkryto i opisano. Chroni nas to przed wyważaniem otwartych drzwi, przed poznawaniem tego, co już dawno poznane. Osłania nas to także przed pychą, jaka dotyka niektórych myślicieli, którzy przekreślają dotychczasowy dorobek. Twierdzą, że dopiero to, co przychodzi wraz z nimi jest wartościowe. Wtedy niezbędna okazuje się znajomość historii, by od poglądów takich ludzi się odcinać lub wykazać, iż to, co głoszą to „nic nowego pod słońcem”.

Dlaczego my, jako chrześcijanie, powinniśmy historii bronić? Czy tylko dlatego, że dla historii obecne elity przewidują podobną rolę, jaką chciałyby przypisać Kościołowi, a więc „nie wtykanie nosa w nie swoje sprawy” i „nie mącenie ludziom w głowach”? Otóż nie jest to jedynym powodem. Gdy przyjrzymy się Pismu Świętemu, to zauważymy, że jest ono niejako utkane z historii. W Starym Testamencie napotykamy wielkie wydarzenia dziejowe, jak choćby Potop. Przemawiają do nas konkretne postaci historyczne, które niegdyś stąpały po ziemi. Prorocy często odwoływali się do historii, ich Bóg był Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba. Nie byli pyszałkami odrzucającymi dorobek poprzednich pokoleń, nie twierdzili, że budują nowe, a raczej pracowicie rozwijali powierzoną im tradycję. W niczym nie różni się pod tym względem Nowy Testament. „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić” – mówi do nas sam Pan Jezus. Dzieje jawią się jako działalność Boga, kreowanie przez Niego losu poszczególnych osób i całych narodów. Takie spojrzenie od Zbawiciela przejął Jego Kościół. Dlatego chrześcijanie od Listów św. Pawła aż po dzień dzisiejszy bronili i będą bronić nauczania historii. Zawsze mając na uwadze, że człowiek nigdy nie może być kreatorem prawdy, również historycznej. Naszym zadaniem jest, używając danego nam od Boga rozumu i sumienia, prawdę poznawać i głosić. Jesteśmy poszukiwaczami i lektorami, nie twórcami.

Historia świecka a historia Zbawienia

Dla katolików, którzy w największym stopniu są depozytariuszami prawdy na ziemi, wynika z tego więcej obowiązków, ale też więcej możliwości. Spojrzenie na historię świecką, historię narodów jako na włókna wplecione w historię Zbawienia może pozwolić zrozumieć wiele tragedii ludzkości. Kiedy bowiem człowiek był traktowany najgorzej, kiedy życie ludzkie liczyło się najmniej? Od razu nasuwa się wiek XX – wiek brunatnego i czerwonego totalitaryzmu. Choć wyrastały z innego podłoża ideologicznego i przedstawiane są jako przeciwieństwa dla siebie, to obydwa te systemy cechowały się taką samą pogardą dla osoby ludzkiej. Pamiętajmy także o pogardzie dla Boga i Kościoła. Kiedy uwzględnimy ten czynnik, zrozumiemy, że największe tragedie mają miejsce, gdy przestajemy słuchać Stwórcy. Ile razy człowiek postawi się na miejscu Boga, ubóstwi siebie, tyle razy kończy się to masowymi zbrodniami. Nie dotyczy to tylko III Rzeszy i Związku Sowieckiego, podobne zjawiska dostrzeżemy już w ogarniętej rewolucją Francji. Ludzkość niczym syn marnotrawny co jakiś czas próbuje wyjść poza obejście prowadzone przez ojca, zabiera swój dobytek i rusza tam, gdzie nie dociera rodzicielska piecza. Po jakimś czasie dostrzeże złudność życia bez ograniczeń. Wraca wówczas do rodziny, czyli do praw Boskich i naturalnych. Wraca jednak zniszczona, wraca przez pola usiane grobami. Należy sobie zadać pytanie, czy ośrodki wpływu i media nawołujące do zaprzestania nauczania historii, są przyjaciółmi człowieka, skoro pragną pozbawić go tak ważnej lekcji?

Warto zwrócić uwagę na to, że jeśli wydarzenia z przeszłości pojawią się na łamach tych pism, to jest to przekaz mocno zmanipulowany. Służy on tylko stawianiu alternatywy „stare-nowe”. „Nowe” jest oczywiście lepsze. Zachowania będące niegdyś patologią, dziś powinny stać się normą. Małżeństwo nie jest naturalne dla człowieka, nie powinien on być uwiązany. Dajemy wam wolność wyboru, nie musicie męczyć się w nieszczęśliwym związku, wyzwólcie się z tego. Wrogowie „starego” idą dalej: płeć nie jest wpisana w naturę. Piewcy gender studies namawiają, by płeć wybierać. Jest to twór kulturowy, narzucony, z niego też trzeba się wyzwolić! Używa się przy tym pozoru dobra. Europejskie prawo ma być wprowadzone pod hasłem niestosowania przemocy wobec kobiet – któż by się nie podpisał? Kiedy jednak Kościół zauważy, że oprócz zapisów dobrych i szlachetnych pojawiają się niebezpieczne stwierdzenia o sztuczności podziału na kobietę i mężczyznę, to od razu atakowany jest za „popieranie przemocy”. Tak działa Szatan – mistrz kłamstwa, który zło ubiera w pozór dobra. Tak też dokonuje się dekonstrukcja człowieka. Powstaje człowiek bez właściwości, nie rozumiejący zachodzących wokół niego procesów. Brutalnie mówiąc, posłuży on za nawóz dla „nowej”, „lepszej” historii. To kolejna ważna dla nas lekcja.

Historia mała i wielka

W toku dyskusji stanęliśmy przed bardzo ciekawym pytaniem. Podzielmy umownie historię na „małą” – czyli dzieje naszych przodków, naszej okolicy i na „wielką” – dzieje narodów i świata. Zastanówmy się teraz, jak pisząc nasze małe historie możemy wpłynąć na tę „większą”. Dla naszej społeczności w Wałbrzychu najważniejszym wnioskiem była konieczność ciągłego dawania świadectwa życia chrześcijańskiego. Jesteśmy obserwowani także przez ludzi mających problemy z wiarą. Wówczas nasze czyny, jeżeli dadzą owoc w postaci nowych, pełnych miłosierdzia postaw, mogą wiele zmienić, w tym także historię, którą ludzie będą pisać aż do skończenia świata.

Mateusz Zbróg

Kategoria: Teksty

Komentarze są zablokowane.